Dzwonek przeszył nagle południową ciszą. Miała być mocna kawa, moja ukochana "Pestka", słowem raj dla duszy, a tu...wyje i wyje. Do tego doszło irytujące, głośne, agresywne szarpanie klamki. I już wiem: CIOTKA! To już trzeci raz w tym tygodniu, ale nie mogę nie otworzyć. Nie spasuje. Będzie tak walić, dzwonić, szarpać uparta i bardzo sprytna. Mój samochód stoi na dole. Wie, że muszę być w domu. NIe zrezygnuje. Zresztą nie wpuścić Jej to tak, jakby spragnionemu odmówić szklanki wody...
Wstaję. Zgrzyta zasuwka, Schylam głowę, ona, maleńka, drobniutka, zadziera swoją. Nasze oczy spotykają się. Czytam: "wiedziałam, że jesteś". Wygrana, satysfakcja I nagle jej wyblakłe źrenice rozpalają miliony iskierek.
- No, co robiłaś tak długo? - pyta niby to z wyrzutem, ale bez śladu złości.
- Brałam prysznic - kłamię.
Jej brązowa sukienka w kremowe kropki ma nad kolanami dziurawe sito. Pamiętam, nosiła ją trzydzieści lat temu. Kremplina. Wtedy to była modna nowinka. Dziś sprana, podarta, biedna...
- Znowu masz na sobie tę sukienkę? Prosiłam przedwczoraj, prosiłam rok temu. Za każdym razem obiecujesz, że ją wyrzucisz i kłamiesz. Tyle fajnych rzeczy Ci dałam, tyle fajnych rzeczy masz w szafie, a Ty chodzisz w tym łachu, aż wstyd! - wyczuwam w moim głosie irytację, staram się ją opanować, ale trudno mi to wychodzi.
- A, wiesz - mówi. - Ja ją tak bardzo lubię. A to, to nie widać. Na randki przecież nie chodzę. No, wyrzucę ją kiedyś, ale jeszcze nie teraz...
Robię Jej kawę. Bardzo lubi filiżankę mocnej czarnej. Pytam, czy coś zje.
- Nie, ale jakbyś dała do domu, to potem sobie zrobię - mówi to niemal za każdym razem.
Daję "do domu". Myślę, może już pójdzie? Pachnie moczem. Miętosi w rękach szarą, spraną ortalionową siatkę. Nie wie, o czym rozmawiać, boi się "wpadki", bo często mylą się Jej pojęcia, krewni. Za każdym razem zapomina, że jestem jej bratanicą, ale doskonale pamięta drogę do mnie.
Coś Ją tu zawsze ciągnie. A więc milczymy obie, ja Jej nie pomagam. Ot, taki nieproszony, natrętny gość. Przyszła nie w porę, przywlokła inny świat, przypomniała i pokazała, że bywa się starym. Niepotrzebnym. Samotnym. Bezradnym. Niechcianym? Przypomniała o czymś, o czym nie chce się wcale wiedzieć, myśleć, pamiętać. A niechby już poszła, zabrała te słoiki z zupą, dżemem, morele i...zapach. Zapach pomarszczonego, odpychającego osamotnienia.
Wstaje. Jak na swoje 92 lata ma dobrą kondycję. Sprawna, bez laski, "trzyma" pion...
Wysiorbała głośno ostatnie łyki kawy. Podchodzi do balkonu.
- Jaki ładny masz widok. Kiedyś ty mieszkał mój brat - mówi, żeby coś powiedzieć. Zawsze zresztą to samo. I zawsze po to, by przedłużyć tych kilka towarzyskich chwil, zanim owróci do pustego mieszkania.
Ma mniej więcej kilometr do przejścia. Przez park albo nad stawem, Zwykle siada na ławeczce i szuka chętnych do rozmowy o niczym. Rzadko ma szczęście. Przeważnie sama karmi kaczki i łabędzie. Ludzi odpycha pomarszczona starość, brązowe plamy na dłoniach i to bezradne szukanie tematu. A do tego ten strój niedbału, wyszargany, do którego przyzwyczajona jest wręcz nieprzyzwoicie. Bez tej sukienki czuje się naga. Kiedyś mi to powiedziała. Próbowałam to uszanować. Choć wstyd. Choćby przed sąsiadami, którzy zawsze wychylaja głowy, kiedy głośno wali w moje drzwi.
Drepce, drepce, drepce. To tu, to tam. Po pokoju, kuchni...
- No i czego tak szukasz? - pytam. I nagle...całkiem niespodziewanie i wbrew sobie samej czuję, że głos mój dziwnie łagodnieje. - Smutno Ci samej - dodaję bardzo cicho. I dziwę się, że słyszy...
- Oj, moja ty kochana - mówi całkiem przytomnie i logicznie - wiesz, samotność jest najgorszą chorobą. Jak żyła sąsiadka, Wróblowa, to wiesz, inaczej było. Porozmawiała, powiedziała, poszła razem do kościoła, na spacer. Wesoło było. A teraz jacyś dziwni ludzie mieszkają w tym moim domu, ani "dzień dobry", ani "co tam u pani", a jak się odezwiesz, to udają, że nie słyszą, albo się strasznie spieszą, no ani słowem się nie odezwą...Całymi dniami nie ma do kogo ust otworzyć. Ale mówię do siebie: Mańka, ruszaj się i jazda do parku. Nie siedź w domu, raz, dwa, raz, dwa. I lecę do tego parku. Chodzę, chodzę, jakbym hysia miała, w deszcz, w śnieg, w słońce - śmieje się całą buzią, oczami pełnymi radosnych iskierek. Jestem zdumiona tym potokiem logicznych, prędkich, pogodnych zdań. Podobnie mówiła znacznie ponad dziesięć lat temu. Od tamtej pory słownictwo Jej zubożało, myśli i pojęcia plątały się. I nigdy nie odkrywała tak publicznie swej samotności, smutku. Raczej tylko narzucała swoje towarzystwo, tę wspólną kawę i parę zdań o widoku z mojego okna. A ty masz! Taka niespodzianka...
- Wiesz - dodaje - dzięki ty, spacerom widzę świat i ludzi, jestem żwawa, a nie takie próchno z laseczką. No, ale pójdę już, bo może ci przeszkadzam. No, to daj mi, kochana, te słoiczki tu do siatki. Przyjdę jeszcze jutro, albo pojutrze, jak się nie pogniewasz, to posiedzę trochę, czas szybciej zleci, dobrze?
- Dobrze, dobrze - godzę się prędko. Z kuchni podglądam, jak upycha w kieszeniach cukierki, zerkając ukradkiem, czy nie widzę. Zadowolona, dumna ze swojej zdobyczy i swego sprytu z uśmiechem dotyka klamki. Patrzy, patrzy na mnie i z zadowoleniem mówi: "a ty to jesteś córką mojego brata..."
Uff, zamykam drzwi. Wietrzę pokój i...nagle czuję, że każde Jej słowo utkwiło mi głęboko w pamięci. Jak nigdy przedtem. I zdałam sobie sprawę, że naprawdę bardzo Ją lubię. Ze wstydem zamykam okno. Przecież tak naprawdę cały ten swój starczy zaach zabrała ze sobą. Niech przychodzi. Piec, nie piekę, ale kupię dla tego łasucha ciastka. Szczególnie lubi szampańskie. Postawię, udam, że nie widzę, jak napycha nimi kieszenie, kiedy odwracam głowę. A przecież zawsze Jej daję do domu, ale to nie to samo. Woli cichcem skraść z talerzyka. Ryzyko, wielka wygrana, sukces? To wszystko Ją podnieca. A ja to zrozumiałam? A więc jest i moja wielka wygrana. Jakaś inna dojrzałość. COś, czego nie określą najbardziej wyszukane słowa. Coś, co każe mi się uśmiechnąć do świdrującego dzwonka, starej, pomarszczonej twarzy. Coś, co każe mi kupić szampańskie. Dla starej CIOTKI.
Kupiłam. Trzy smaki. Wyłożyłam na talerzyku. Dużo. Żeby bezpiecznie podebrała, ile zechce, bez "wsypy"...
Nie przyszła. ANi jutro, ani pojutrze. W niedzielę zadzwoniła Jej synowa. I od tej niedzieli nie mówię już, że siada nad stawem, czy w parku. Mogę już tylko mówić, że siadała. I już nigdy nie usiądzie...
Te moje łzy były bardzo prawdziwe. Słone i gorące. Gdyby to ode mnie zależało, pochowałabym Ją w tej znoszonej, dziurawej brązowej sukience w kremowe grochy. I włożyłaby, do kieszeni szampańskiego herbatnika, którego mi już nigdy nie skradnie. I tego mi bardzo, bardzo żal...
